niedziela, 9 czerwca 2013

Kao Liese Bubble Hair Royal Classic Chocolat

Wreszcie znalazłam chwilę dla siebie i przeprowadziłam operację "koniec z wyrywaniem siwych włosów" czyli rozpakowałam i zastosowałam japońską farbę do włosów znanej marki Liese firmy Kao - właściciela takich marek jak: Asience (szampony), Bioré (pielęgnacja ciała), Curél (pielęgnacja twarzy), Essential (szampony) czy Kanebo.


Farba jest popularna i wielokrotnie opisywana na wielu blogach, zarówno polskich jak i zagranicznych. Cieszy się bardzo dobrymi opiniami, dlatego też nie zastanawiałam się długo i kliknęłam przepiękny ciepły brąz o wdzięcznej nazwie Classic Royal Chocolat.


Farba dostępna jest w 17 odcieniach. Nie udało mi się zweryfikować, odcienie są takie same na rynek japoński (ja kupowałam japońską wersję) i koreański, bo zarówno opisy jak i fotki dziewcząt na opakowaniach są różne. Trudno ocenić, czy oferowane kolory są takie same. Poniżej zaprezentuję odcienie dostępne na rynku japońskim :-)


Według producenta: jest to trwała farba koloryzująca w formie pianki, nakładana bezpośrednio na włosy, bez konieczności oddzielania pasm - wystarczy nałożyć i wmasować we włosy. Piankowa konsystencja dociera bez problemu do całej długości włosa. Konsystencja farby jest 4x bardziej kremowa (od poprzedniej?), dzięki czemu lepiej przylega do włosów w celu uzyskania intensywnego i równego koloru. Nowa technologia zastosowana w tej farbie pozostawia włosy odżywione, gładkie i lśniące.

Skład baza: meta aminophenol, toluene-2,5-diamine, resorcinol, p-amino orthocresol, purified water, ethanol, coconut oil fatty acid acyl glutaminic acid Na, POE (23) lauryl ether, ammonium hydrogen carbonate, strength aqueous ammonia, alkyl glycoside, POE alkyl (12-14) ether, PG, chloride dimethyl diallyl ammonium acrylic acid copolymer fluid, PPG, fragrance, sulfite anhydrous Na, sodium hydroxide, ascorbic acid, myristyl alcohol, benzoate, edetate, royal jelly extract, hydrolyzed silk liquid, honey, raspberry extract, BG, anhydrous ethanol.

Skład kolorant: hydrogen peroxide water, purified water, cetyl alcohol, Al trimonium chloride, POE cetyl ether, myristyl alcohol, hydroxy ethane diphosphonic acid solution, sulfuric acid oxy-quinolin-2, sodium hydroxide solution.

Skład odżywka: water, stearic alcohol, dimethicone, stearoxy propyl dimethyl amine, DPG, glycolic acid, (hydroxy stearic acid / stearic acid / rosin acid) dipentaerythrityl, lanolin fatty acid, lactic acid, hybrid sunflower oil, bis methoxy propyl amide iso anywhere Sun, hydroxy stearic acid hydrogenated castor oil, amodimethicone, ceteareth-7, ceteareth-25, (Bisuisobuchiru PEG-15 / amodimethicone) copolymer, ethanol, benzyl alcohol, toluene sulfonic acid, malic acid, PPG-34 steareth-3, PEG-45M, camellia oil, ginseng extract, aloe vera extract-1, BG, hydrolysis conchiolin, Alpinia speciosa leaf extract, royal jelly extract, caramel, fragrance.

Opakowanie: butelka z farbą 40 ml, butelka z bazą 60 ml, odżywka 8g, rękawiczki, instrukcja, pompka.
Cena: ¥ 745 ~ 25 zł (bez przesyłki)


Farba przychodzi w zgrabnym pudełeczku - podobnie jak zwykłe europejskie farby. Niestety instrukcja jest wyłącznie w języku japońskim, jednak zaopatrzona jest w rysunki, które bez problemu dają pojęcie o tym, co należy zrobić. Tak naprawdę różnice w stosunku do zwykłych farb są dwie: podczas mieszania bazy z kolorantem nie należy wstrząsać butelki, tylko delikatnie kilkukrotnie przechylić góra-dół, aby zawartość się wymieszała. Druga ciekawostka to sposób dozowania - przez chwilę zaaferowana oglądałam pompkę, gdyż nijak nie mogłam dojść, jak ją "uruchomić". Cała jest jednolicie plastikowa, ani to przekręcić, ani przesunąć... Wreszcie spojrzałam ponownie na instrukcję i wydedukowałam (zresztą prawidłowo), iż pompki się nie naciska - ściska się samą butelkę, a z pompki wychodzi pianka ^__^ Okazało się to bardzo wygodne i gdyby nie fakt, że jednak prawą stronę głowy łatwiej pofarbować jednak prawą ręką, a nie lewą, to zakończyłabym cały proces nie brudząc prawej ręki :-) Swoją drogą czasem więcej się dowiaduję o produktach searchując dane do notek blogowych, co oczywiście dzieje się już po użyciu produktu he he he...


W pudełku mamy cały zestaw domowego farbiarza: buteleczki (+ pompka), rękawiczki (bardzo dobrej jakości, żadne tam cienkie zgrzewane folijki, które po chwili pękają albo rozrywają się na końcach, przez co paznokcie wyglądają potem tragicznie), instrukcję oraz saszetkę z odżywką.


Najpierw mieszamy delikatnie zawartości buteleczek, bez wstrząsania - wystarczy kilkukrotnie przechylić większą butelkę aby zawartość się wymieszała. Przybiera wówczas lekko brązowy kolor (substancja ciemnieje później z każdą chwilą). Następnie nakręcamy na butelkę pompkę (uwaga - nie należy mieszać zawartości z nakręconą pompką, tylko najpierw wymieszać z zakrętką i dopiero później nakręcić pompkę). Po ściśnięciu butelki wychodzi nam piękna pianka, na początku jest biała (jak na zdjęciu), ale w trakcie nakładania, kiedy mieszanka ciemnieje, pianka również ciemnieje.


Pianka rewelacyjnie nakłada się na włosy - jest kremowa, wydajna, miękka. Dodatkowo ma miły delikatny zapach, z lekko wyczuwalną kwiatowo-miodową nutą. Tylko lekko pachnie farbą - oczywiście czuć, że jest to farba do włosów, ale daleko jej do chemiczne smrodku normalnych farb! I jeszcze jedna ogromna zaleta - standardowo podczas farbowania pomalowane mam nie tylko włosy, ale również czoło, kark i uszy (co widać powyżej). Zawsze od razu po nałożeniu farby łapię za wacik i ciepłą wodą lub nawet kremem oczyszczam skórę, aby uniknąć przebarwień, które potem ciężko schodzą. Tym razem nie miałam tego problemu - nie dość, że do zmycia wystarczył mokry wacik i farba schodziła od razu ze skóry, dodatkowo po zmyciu nie miałam żadnych przebarwień - farba zeszła ze skóry podczas zmywania włosów, nie trzeba było nic trzeć i szorować :3


Farbę trzymałam na włosach 45 minut (tak poleciła mi Chiao C.). Instrukcja mówi o 30 minutach, ale zachęcona brakiem sensacji typu szczypanie skóry głowy przetrzymałam farbę zgodnie z otrzymaną radą. Sam fakt braku jakichkolwiek dolegliwości skórnych dobrze świadczy o produkcie - mam regularne problemy ze skalpem, który miewa humory większe lub mniejsze, co powoduje iż do minimum ograniczam korzystanie z odżywek i innych specyfików, które mogłyby go podrażnić. A tu niespodzianka - farba, agresywny chemicznie kosmetyk, a mój skalp lepiej się po nim czuje niż po 3 minutowej odżywce do włosów :-) Preparat jest mega wydajny - nie zużyłam całości, bo chyba bym spłynęła w kolorowych bąbelkach... Na zdjęciu widać, ile farby zostawiłam do wyrzucenia, bo już byłam cała pokryta bąbelkami. Mam gęste włosy do ramion, myślę że osoby posiadające długie włosy bez problemu pokryją całość.


Kolejna miła niespodzianka czekała mnie przy zmywaniu farby. Trwało to zaskakująco krótko, bez wrażenia wysuszenia i plątania się włosów. Przy zwykłych farbach płuczę i płuczę a woda jest cały czas kolorowa. Czasem nawet przy kolejnym myciu głowy widzę, że kolor jeszcze "schodzi". A tu 2-3 minutki i woda czysta! Do tego włosy prawie jak przy zwykłym myciu - nie były wysuszone, szorstkie czy splątane. Ale oczywiście nie odwiodło mnie to od nałożenia dołączonej w komplecie odżywki, która jest nietypowa - gęsta, o konsystencji gęstego kremu-maski do włosów.


Efekt końcowy jest jak najbardziej satysfakcjonujący. Siwe włosy (choć ich niewiele) pokryte. Kolor jednolity i równy. Odcień - taki jak obiecywany na pudełku. Cieszy mnie to, bo polskie farby najczęściej dawały u mnie ciemniejszy odcień niż na próbkach, do tego często brzydko rudziały z czasem. Farba w 100% spełniła moje oczekiwania i potwierdziła wszystkie pozytywne opinie blogerek. Zamawiam już kolejne opakowanie (takie samo), a po wakacjach wypróbuję jakiś inny odcień, może matowy zimny typu Ash?


Poniżej krótka instrukcja, co prawda po japońsku, ale z angielskimi napisami i w formie filmu:


Zestawy kolorów dostępne m.in w Singapurze czy Korei. Jak widać kolory podobne, ciężko stwierdzić, czy takie same:

Czytaj...

sobota, 1 czerwca 2013

Riff Sweat Absorbing Pads

W przededniu wakacji i upalnych gorących dni przedstawiam Wam kolejne japońskie odkrycie marki Riff - Sweat Absorbing Pads, czyli w skrócie wkładki do bluzek absorbujące pot i zapobiegające mokrym plamom ("sweat absorbing pads"). Nazwa RIFF jest skrótem od R - Refine (refine & elegant), I - Ideal (trendy & Ideal), F - Fine (soft & fine), F - Fresh (clean & fresh).


Jest to jedno z odkryć z mojego pobytu w Tokyo - tym razem skusił mnie sugestywny obrazek na opakowaniu, który od razu pokazuje, do czego służą te bawełniane podkładki. Cóż, mimo biurowej klimy nieobce mi były sytuacje, gdy koszulowa bluzka i odrobina stresu uniemożliwiały żakietu czy rozprostowanie ramion podczas przerwy... Dlatego też zakupiłam próbnie 3 paczki i przywiozłam do Polski, akurat na jesień he he he...


W okolicach marca sięgnęłam wreszcie po jedno z opakowań i od tej chwili nie wyobrażam sobie wiosennych i letnich dni bez tych podkładek! Są bardzo wygodne, po nałożeniu praktycznie niewyczuwalne.  Naprawdę super sprawa, nie muszę się martwić, czy po chwili spaceru do sklepu czy po jeździe rozgrzanym samochodem pojawią się nieszczęsne plamy... Bo wiadomo, dezodoranty blokują rozwój bakterii itepe ale jak gorąco uderza to mokra plama się pojawia, cóż z tego, że bezzapachowa kiedy wygląda, lekko mówiąc, nieestetycznie...


Podkładki standardowo mają grubość 1 mm i składają się z 3 warstw: pierwsza jest zrobiona z delikatnej bawełny, o porowatej strukturze. Dotyka skóry, więc jest jedwabiście gładka i dostosowuje się do kształtu ciała. Jest też lekko "puszysta", czyli pokryta puszkiem bawełnianym, dzięki czemu chłonie pot i tworzy swoistą "poduszkę" między skórą i podkładką. Druga warstwa jest bardzo chłonna, ma wchłaniać pot i zatrzymywać go w środku podkładki. Trzecia warstwa jest wodoodporna, gładka, pokryta delikatną folią z klejem (tą stroną przyklejamy podkładki na ubranie). Klej jest delikatny ale trwały - bez problemu wytrzymuje cały dzień, nie niszczy jednak włókien tkaniny przy odklejaniu. Wchłaniany pot pozostaje na podkładce i nie przechodzi na ubranie. Dodatkowo podkładki zawierają dezodorant (tlenek cynku), który uniemożliwia rozwój bakterii a tym samym powstawanie nieprzyjemnego zapachu.


Podkładki mają kształt przystosowany do ciała i ubrań, dzięki czemu dobrze wpasowują się i są praktycznie niewidoczne. Trzymają się całkiem dobrze, problem miałam tylko z jednym rodzajem (najtańszych) podkładek i marszczoną bluzką z wyjątkowo śliskiego i opornego na przyklejanie materiału :) 


Wybór jest szeroki, dostępne są między innymi podkładki:
perfumowane
- dające poczucie chłodu (cooling effect),
- zawierające składniki dezodorantowe
kolorowe (np. czarne, niewidoczne przy ciemnych ubraniach)
- pakowane pojedynczo w folię (idealne do torebki)
- przezroczyste (moje ulubione) zrobione z dziwnego rodzaju cienkiej (0,03 mm) żelowo-gumowej materii - idealne do lekkich bluzek - mimo niepozornego wyglądu naprawdę działają i wchłaniają pot pozostawiając bluzki suche!
Właśnie przyszedł do mnie nowy zapas i tym razem zapewniłam sobie wystarczającą różnorodność kształtów i kolorów :)

             

Najczęściej spotykane podkładki mają wymiar 120 x 115 mm, dla krótkich rękawów zakupić można wersję mini o wymiarach 97 x 96 mm. Są też podkładki dla bluzek bez rękawów oraz takie pakowane każda osobno (wygodne do torebki/kosmetyczki). W opakowaniu jest 20 sztuk (czyli na 10 założeń), ale są też mega packi po 40 sztuk.

Cena: od ¥ 419 do ¥ 605 ~ od 13,70 do 19,80 zł (bez przesyłki)


Poniżej szybka poranna fotka moich ulubionych, przeźroczystych podkładek. Akurat miałam short sleeve, więc musiałam je ciachnąć i na fotce widać tylko połowę (bo druga została usunięta, bo nie było do czego przykleić). Mam nadzieję, że widać samą podkładkę, bo jest naprawdę cienka i prawie niewidoczna ^__^


Czytaj...
    Instagram
 

Popularne