sobota, 4 maja 2013

Apieu Aqua Nature Bamboo Dewdrop Cream

Mój pierwszy azjatycki krem, wyszukany, wychuchany - miał być nie za ciężki, nie za drogi, odpowiedni na dzień, do cery mieszanej, doskonały pod BB kremy... No i wyszukałam poniższy, bambusowy, żelowy nawilżający krem APIEU:


Według producenta: krem ten zawiera 64% wody bambusowej oraz ekstrakt ze sfermentowanych antarktycznych mikroorganizmów (WTF?), do tego wyciąg z warzyw pustynnych (róża jerycha i baobab), fiołka i olej awokado. Krem ma natychmiastowo dostarczać skórze wilgoć, dodatkowo mechanizm "dewdrop" ma powodować, że im intensywniej wmasowujemy krem w skórę tym więcej wilgoci ona wchłonie. Krem jednocześnie zapobiega długotrwałej utracie wilgoci przez skórę w ciągu dnia. Szczególnie polecany dla skóry tłustej/mieszanej, która jest na wierzchu tłusta a w środku wysuszona. Producent zaleca też mieszanie kremu z BB kremem lub podkładem, aby uzyskać "glowing look" lub nakładanie razem z olejem do twarzy, aby wzmocnić efekt nawilżania.


Skład: bamboo sap extracts of penta-siloxane cycles, dipropylene glycol, glycerin, pentylene glycol, butylene glycol, true rose of jericho pseudo al quintero monastir fermentation extract, avocado oil, olive oil, rice branfollicle oil, xylitol, baobab tree pulp extract, watermelon extract, cactus flower extract, melon extract, the hydrolase-rise violet tricolor extract, eucalyptus leaf extract, sodium chloride, silica, vinyl dimethicone/methicone silsesquioxane crosspolymer, methyl methacrylate crosspolymer, cetyl peg/ppg-10/1 demethicone, lauryl peg-9 polydimethylsiloxyethyl dimethicone, disteardimonium hectorite, dipotassium glycyrrizate, xylilylglucoside, anhydrous xylitol, citrulline, hydroxypropyltrimonium maltodextrin crosspolymer, peg-8, ethylhexylglycerin, xanthan gum, carbomer, disodium edta, phenoxyethanol, fragrance.

Zawartość: 50 ml
Cena: 14 USD (bez przesyłki)


Krem przyszedł zapakowany w przezroczyste pudełeczko, w którym znajdował się szklany zgrabny słoiczek i plastikowa szpatułka do nakładania kremu. W środku słoiczka jest również wieczko zabezpieczające (przydaje się, bo krem jest żelowy czyli lekko płynny i przy przechyle ma tendencje do uciekania z zawartością na zewnątrz ^__^).


Krem spełnia wszystkie moje oczekiwania - jest lekki ale jednocześnie pozostawia delikatny filtr na twarzy, który ma wspomagać bariery ochronne skóry i nie pozwalać na jej wysuszanie (tak powinien działać dobry krem na dzień, który jest ostatnim etapem przed malowaniem). Żelowo-wodnista konsystencja bardzo mi odpowiada, do tego trzymam go w lodówce (jak zresztą większość kosmetyków pielęgnacyjnych) więc nakładając go czuję mega odświeżenie.

Krem dobrze nawilża, wchłania się szybko (ok 2 do 3 minut i można nakładać BBik lub podkład, które się nie ważą). Miałam trochę obaw, czy nie będzie ciągnął (tak bywa przy żelowych kremach), na szczęście nie daje tego efektu, skóra jest miękka, nawilżona.

Nie zauważyłam obiecanego efektu "dewdrop", żadne krople wody mi się nie pokazywały... Może to kwestia techniki? Albo trzymania w lodówce? Update: okazało się, że ten efekt to moje wrażenie wodnistości-żelowości podczas nakładania. Ha, pewnie jakbym posmarowała i poczekała to krople by się pojawiły, ale wsmarowując w skórę po prostu wklepywałam pojawiającą się z kremu wodę w skórę, zadowolona, że tak się lekko i żelowo nakłada ha ha ha...

Cieszy mnie również duża ilość naturalnych składników oraz fakt, że wspomniana przez producenta woda bambusowa rzeczywiście jest na pierwszym miejscu składu. Oczywiście są silikony i inne chemidła (nie widzę parabenów ale pewnie inne konserwanty nierozpoznawalne przeze mnie są), ale imponujące jest to, że praktycznie pierwsza połowa listy składników to same ekstrakty :)


Podsumowując: jestem zadowolona, jak na pierwszy azjatycki krem i moje wymagania. W sumie poza dobrym nawilżeniem krem ten nie robi nic, więc pewnie nie kupię go ponownie tylko zagłębię się w składnikach i tajnikach oraz recenzjach, blogach i sklepach aby wyszukać kolejne kremowe słoiczki, które sprawią, że moja skóra będzie znów jak u 20latki ^__^ A tak na serio to lepiej nie, bo to oznaczałoby powrót do cery problematycznej. Z pewnością jednak poszukam czegoś, co poza nawilżeniem rozjaśni, wygładzi i odżywi skórę.

Czytaj...

Pure Smile Strawberry Point Pads

Dziś kolejna mała ciekawostka, mała - bo mieści się w dłoni, na dłoni, stopie, łokciu, czole czy policzkach :) A mowa o nawilżających owocowych Juicy Point Pads.


Point Pads to małe okrągłe płatki tkaniny/bawełny (?), nasączone miksturą bardzo przypominającą sheet-maski. Głównym składnikiem (podobnie jak w maseczkach nawilżających) są: kwas hialuronowy, witamina E i kolagen. Mają miejscowo nawilżyć i wygładzić skórę.


Według producenta: płatki mają zniwelować szorstkość skóry i powodować zwiększenie jej napięcia  (dzięki wyciągom z owoców). Zawarty w nich kwas hialuronowy ma oczywiście nawilżać i zwiększać  elastyczność skóry. Kolagen nadaje skórze blask i gładkość oraz chroni ją przed czynnikami zewnętrznymi. Dodatkowo wyciąg z portulaka zapobiega szorstkości skóry i utrzymuje ją w dobrym stanie (dosłownie "w zdrowiu" - uwielbiam tłumaczenie z japońskiego hy hy...).

Skład: Water, glycerin, propanediol, strawberry fruit extract, hyaluronic acid Na, aloe vera juice, methyl paraben, PEG-60 hydrogenated castor oil, PEG-40 hydrogenated castor oil, phenoxyethanol, purslane extract, star anise fruit extract, 1.2 - hexanediol, caprylyl glycol, tea leaf extract, allantoin, panthenol, fragrance, EDTA-2Na, hydroxyethyl cellulose, tocopherol acetate, citric acid Na, hydrolyzed collagen, arbutin.

Zawartość: 10 sztuk
Cena: 105 ¥ = 3,35 zł (bez przesyłki)


W serii owocowej dostępnych jest 5 smaków: truskawkowa, pomarańczowa, cytrynowa, kiwi i ogórek. Nie wiem co prawda, czy Japończycy uważają ten ostatni za owoc, kto ich tam wie... Jest jeszcze seria kwiatowa i mniam mniam seria "pączkowa", w której point pady są kształtu pączków (czyli doughnut). Jako że nie przepadam za kwiatowymi kosmetykami i jestem na diecie, więc nie chcę się wystawiać na pokusy, choćby w postaci pączkowych płatków, wybrałam oczywiście serię owocową :)


Zastosowanie: płatki naklejamy na skórę, którą chcemy nawilżyć (może to być twarz np. czoło czy policzki, ale również wierzch dłoni/stóp). Skórę przed użyciem point padów myjemy i tonizujemy, w ramach przygotowania do odżywczego zabiegu (skóra powinna być sucha przed nałożeniem płatka). Trzymamy point pad na skórze od 5 do 10 minut, następnie zdejmujemy. Można stosować 3-4 razy w tygodniu.


Ja zdecydowałam się na trzy pierwsze smaki (truskawka, pomarańcz, cytryna), kierując się chyba upodobaniami kulinarnymi ^_^. Zamawiałam je trochę w ciemno, były tanie i z firmy, którą znam, więc założyłam, że jak przyjdą i oblookam co to takiego zawsze mogę wygooglać, co się z tym robi :D

W opakowaniu zaopatrzonym w szczelne zamknięcie strunowe znajduje się 10 sztuk płatków ociekających płynem. Woreczek oczywiście najpierw musimy rozciąć :) Płatki najlepiej wyjmować pojedynczo, inaczej grozi nam lekkie zamoczenie - i tak niewykorzystane schowamy do środka na następny raz (chyba że ktoś sobie 10 na raz poprzylepia).


Płatki są z jednej strony ładnie kolorowe, z nadrukowanym obrazem owocu, z drugiej strony mają warstwę białej bawełny, która przylega gładko do skóry. Wielkością odpowiadają naszym zwykłym wacikom kosmetycznym (no może są odrobinę większe). Poniżej fotki już wykorzystanego płatka, dlatego jest suchy :3


Wrażenia: to taki skoncentrowany sheet-mask - doskonale się u mnie sprawdza na tygodniu. Naklejam na czoło i policzki, trzymam aż nie wyschnie (czyli gdzieś około sugerowanych przez producenta 10 minut), potem po zdjęciu resztę wilgoci wcieram jeszcze w wierzch dłoni. Jak dla mnie to super rozwiązanie - nie mam całej skóry suchej więc robienie na tygodniu sheet-mask jest męczące (dla mnie i dla męża też, bo unika mnie wtedy jak zarazy). Za to czoło i policzki wysysają wilgoć z płatka do cna, co zapobiega między innymi pojawianiu się suchych skórek :) I skład nienajgorszy, ma chyba nawet mniej chemii niż sheet-maski z Pure Smile.

A to mój ostatni maseczkowy haul kwietniowy, zbieram się do recenzji bubble maska (który robi furorę u mnie w pracy), mud maska (furora wśród przyjaciółek) i baby foota, który regularnie pozbawia moje stopy nadmiaru tkanki wierzchniej :3


★ ★ ★ ★ ★ ★ ★ ★ ★ ★

It's Skin właśnie wypuściło własne point pady, do oblookania na Koreadepart. Droższe jak Pure Smile'y ale może przetestuję :) Główne aktywne składniki: Lemon oil, Vitamin C, Vitamin E, Oil. Nie znalazłam tylko jasnej informacji o zawartości, czy za tą cenę mamy trzy paczki (po ile sztuk?) czy w jednej paczce trzy sztuki? Tak czy siak wychodzi niestety drożej... Ale pojawiła się cała cytrynowa seria, może na coś się skuszę...


Czytaj...

piątek, 3 maja 2013

It's Skin Power Formula 10 Effector Line (part 3)

I ostatnie dwie - specjalne, limitowane esencje z serii Power 10 Formula, czyli Propolis i Syn-Ake. Obydwie mam w swojej lodówce (bo tam przechowuję esencje), więc poza informacjami od producenta dorzucę co nieco moich wrażeń.


12. Syn-Ake Effector
Serum to zawiera syntetyczny odpowiednik jadu żmii, adenozynę, ekstrakt z baobabu i owoców opuncji, wyciąg ze słodu oraz filtrat ze sfermentowanych drożdży. Ta bogata mieszanka ma za zadanie uelastycznić skórę, nawilżyć ją i wygładzić oraz zmniejszyć ilość i głębokość linii i zmarszczek na skórze. Esencja wzmacnia naturalne procesy odnowy skóry, wspomagając jednocześnie regenerację jej komórek.

Syn-Ake posiadam i w miarę regularnie stosuję od około miesiąca. Wchłania się doskonale (podobnie jak pozostałe produkty z tej serii). Od razu po nałożeniu mam wrażenie lekkiego napięcia (ale nie ściągnięcia) skóry. Ponieważ jest to jedyny jak na razie kosmetyk, którego używam, nakierowany celowo na walkę z liniami (fine lines, small wrinkes) myślę, że to jemu mogę przypisać dotychczasowe efekty, a są to: 50% zmniejszenie tworzących się u mnie od ok roku linii wokół ust, prawie całkowicie zlikwidowane linie pionowe między brwiami, zmniejszone znacznie linie na czole. Wydajne toto jest w miarę, zużyłam trochę ponad połowę buteleczki, ale nie stosowałam codziennie, raczej 4-5 razy w tygodniu (raz dziennie, na noc). Z całą pewnością zakupię ponownie :-)

Skład: Water, Glycerin, Alcohol Denat, Butylene Glycol, Sodium Hyaluronate, Dipeptide Diaminobutyroyl Benzylamide Diacetate, Opuntia Tuna (Cactus) Fruit Extract, Lactobacillus Ferment, Adansonia Digitata (Baobab) Seed Extract, Saccharomyces Ferment Filtrate, Malt Extract, Tocopheryl Acetate, Porphyra Yezoensis (Purple Laver) Extract, Trehalose, Adenosine, Panthenol, PEG-11 Methyl Ether Dimethicone, Neopentyl Glycol Diheptanoate, Caprylyl Glycol, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, PPG-26-Buteth-26, Hydroxyethyl Acrylates/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Ethylhexylglycerin, Carbomer, Triethanolamine, Disodium EDTA, Caramel, Fragrance.

13. Propolis Effector
Serum propolisowe stworzone jest po to, aby poprawić całościowo zdrowie i kondycję skóry. Odżywczy propolis oraz dodaki nawilżające mają rozjaśnić i wzmocnić skórę oraz zmniejszyć powiększone pory, nadając jej zdrowy wygląd. Formuła wnika głęboko w warstwy skóry, gdzie działa naprawczo dzięki witaminie B3 (niacynamid - stymuluje produkcję składników lipidowych skóry, spłyca drobne zmarszczki powierzchniowe, wspomaga walkę z przebarwieniami skóry, sprzyja gojeniu i regeneracji skóry), ekstraktowi z propolisu (kit pszczeli - ma działanie przeciwdrobnoustrojowe oraz regenerujące na uszkodzone tkanki), czarnej róży (rosa centifolia - właściwości lecznicze i tonizujące), frezji i stokrotki.

Tej esencji użyłam jak na razie tylko 2-3 razy (ale po napisaniu tej notki odkryłam wachlarz zalet zawartych w niej składników i zacznę stosować regularnie :) Osłuchana w temacie leczniczych i antybakteryjnych właściwości propolisu stosowałam ją po intensywnym oczyszczaniu twarzy, na noc, aby załagodzić podrażnienia, zmniejszyć zaczerwienienia i nie dopuścić do jakichkolwiek zakażeń - w tym zakresie esencja sprawdziła się idealnie! Jednocześnie w przeciwieństwie od naturalnych/polskich/aptecznych preparatów z propolisem nie jest klejąca i śmierdząca. Ma przyjemny delikatny zapach, lekko miodowy ale bardziej kwiatowy, konsystencję lejącą (wodnistą) i absolutnie nie klejącą :) Może wykończę całą buteleczkę czekając na kolejną dostawę Syn-Ake'a, skoro ma też działanie przeciwzmarszczkowe?

Skład: Honey, propolis extract, glycereth-26, glycerin, butylene glycol, sodium hyaluronate, nicinamide, seawater, rosa centifolia flower extract, bellis perennis (daisy) flower extract, freesia alba flower extract, neopentyl glycol diethylhxanoate, caprylyl glycol, ethylhexylglycerin, PEG-60 hydrogenated castor oil, hydroxyethyl acrylate/sodium acryloyldimethyl taurate copolymer, carbomer, triethanolamine, PEG-40 hydrogenated castor oil, PPG-26-buteth-26, xanthan gum, disodium EDTA, fragrance.
Czytaj...

czwartek, 2 maja 2013

Missha Nose Pore Clear Brush / Nature Republic Jelly Cleasing Puff Red Clay

I kolejna szybka notka, skoro dziś tak w temacie akcesoriów :)

Jakiś czas temu zakupiłam jako uzupełnienie do kosmetyków czyszczących mini szczoteczkę do czyszczenia nosa (zachęcona przez Sroczi, której notka tutaj) oraz konyakową gąbkę do mycia twarzy, zresztą w pięknym pomarańczowym kolorze (bo taka mi pasuje do akcesoriów mojej szarej łazienki ^_^).

Konyakowa gąbka do mycia twarzy to dziwny twór, całkowicie naturalny, pochodzenia bodajże japońskiego. Nie udało mi się znaleźć w necie żadnych informacji o tym, w jaki sposób konjakową galaretkę (konjac jelly) producenci zamieniają na gąbeczkę do mycia twarzy/ciała, dowiedziałam się natomiast, że konjac jest często gęsto używany jako źródło błonnika we wszelakiej kuchni azjatyckiej (i ma bardzo mało kalorii *__*).

Moja gąbeczka z Nature Republic jest koloru pomarańczowego, a to za sprawą 10% domieszki czerwonej glinki (co oznacza, że w 90% składa się z konyaku).


Konjac (konjaku, konnyaku potato, devil's tongue, voodoo lily, snake palm) to roślina z rodziny Amorphophallus, rośnie w ciepłych tropikalnych i subtropikalnych terenach takich jak wschodnia Azja (od Japonii i Chin aż do Indonezji).


Według producenta: naturalna gąbka pochodzenia roślinnego (konjak z bambusa - cokolwiek to jest) z domieszką czerwonej glinki pomaga zmiękczyć i wygładzić skórę dzięki delikatnemu złuszczaniu martwych komórek skóry bez podrażniania jej. Unikalna porowata struktura naturalnej gąbki (siatkowe włókna) zapewnia dokładne usunięcie zanieczyszczeń dając jednocześnie efekt delikatnego masażu dla pięknej cery. Wspomaga kontrolę sebum.

Cena: 4.10 USD (bez przesyłki)


Niestety nie mam jak wrzucić fotek mojej gąbeczki w akcji, gdyż już jej poużywałam prawie 2 miesiące i dawno poszła do kosza (fotka jest ze świeżo rozpakowanej paczuszki sprzed 3 miesięcy). Ale przynajmniej mogę co nieco powiedzieć o wrażeniach i efektach :-). Gąbeczka jest mega miękka ale jednocześnie porowata, rzeczywiście mam wrażenie, że mocno wspomaga działanie myjącego mazidła jednocześnie delikatnie peelingując. Ma taki lekko dziwny zapach, ni to glinkowy, ni to... nie wiem jak go opisać, no dziwny, ale delikatny.

Zgodnie z zaleceniami producenta powinna być w formie wilgotnej przechowywana w lodówce, i jest to prawda - kilka razy zostawiłam ją wiszącą w łazience (ma przeciągnięty przez środek mały sznureczek, który pozwala na jej powieszenie) i wieczorem częściowo się zeschła - podobnie jak morskie algi czy inne porowate twory. Mam wrażenie, że potem utraciła część miękkości. Właśnie to jest powodem, dlaczego nie zakupiłam drugiej, bo co jak co ale latanie rano i wieczorem do i z lodówki z mokrą gąbką w łapce jest męczące...

Czas użytkowania:
- ok 2-3 miesięcy (według producenta)
- 2 miesiące (według mnie)

Efekty: po 2 miesiącach w miarę regularnego używania (co najmniej raz dziennie) moja skóra stała się gładsza. Po każdym użyciu skóra była bardzo dobrze oczyszczona (co widziałam chociażby wieczorem na waciku, którym przemywam twarz tonikiem - teraz, kiedy już nie mam tej gąbki widzę czasem jeszcze ślady na waciku, mimo zmywania wieczorem twarzy olejem i mydłem/pianką).


Missha Nose Pore Clear Brush, czyli mini szczoteczka do mycia trudno dostępnych miejsc np. nosa czy brody. Mam, używam, jestem bardzo zadowolona :)


Wykonanie: sztuczna wełna, aluminum, drewno.
Wymiary: 8 mm x 113 mm
Cena: 11 USD (bez przesyłki)

Szczoteczka ta ma za zadanie oczyszczenie porów nosa/brody/czoła z sebum, głębokie oczyszczenie zaskórników oraz złuszczenie martwego naskórka, odświeżenie i uelastycznienie cery, zwężenie porów, wygładzenie cery.

Odporna na działanie wody, posiada wygodny sznureczek. Po użyciu należy dokładnie umyć z pozostałości mydła, osuszyć i trzymać w suchym miejscu. Najlepiej powiesić obok ręcznika za sznureczek, ja jestem leniwa i często wkładam do kubeczka z moim pędzlem do maseczek, włosiem do góry (coby się nie zniekształcił) i tfu tfu odpukać na razie żyje i nic mu nie jest, choć nie jest to wymarzona pozycja do schnięcia dla jakiegokolwiek pędzla...


Szczoteczka przychodzi zapakowana w plastikowe pudełeczko, solidne, dobrze chroni zawartość. Używam jej już prawie 4 miesiące i naprawdę mi pasuje. Pomaga utrzymać pory nosa pod kontrolą, zbiera się w nich mniej sebum, są mniej widoczne. Oczywiście cudów nie czyni, ale jest ogromna różnica w oczyszczaniu nosa sprzed tej szczoteczki i teraz, zwłaszcza w parze z Volcanic Gommage Mizona (do poczytania tutaj).

Czytaj...

Etude House Silky Cotton Pad vs Missha Silk-Feel Cotton Puff

Dzisiaj krótko i nie o kosmetykach sensu stricto, tylko o kosmetycznych dodatkach, a konkretnie azjatyckich wacikach.

Zaciekawiona opiniami w necie zdecydowałam się wypróbować azjatyckie waciki, które zachęcają między innymi kilkoma warstwami, mniejszą wchłanialnością kosmetyków (oszczędność ^_^) oraz bezpyłowością.

Czy tak jest naprawdę? Tak! Oczywiście nie sprawdziłam jeszcze wszystkich opcji - na przykład nie zakupiłam jeszcze wacików warstwowych, które można podzielić na płatki, nasączyć ulubionym tonikiem/lotionem/esencją i zastosować zamiast pack mask na twarz, ale po otrzymaniu i napoczęciu pierwszego pudełka jestem zachwycona i na stałe odstawiam zwykłe, nasze, europejskie waciki (no chyba, że do zmywania pazurków).

Na pierwszy rzut poszła paczka tanich wacików z Etude House: ETUDE HOUSE Silky Cotton Pad

Zawartość: 80 sztuk
Cena: 2.93 USD (bez przesyłki).


Na wierzchu przyczepiona była próbka wacika, zapakowana w oddzielną folijkę (poszła od razu w łapki koleżanki, która ma ją sobie przetestować). Generalnie większość azjatyckich (koreańskich i japońskich) wacików oscyluje cenowo w granicach 13-20 zł za pudełko, jak się dorzuci do innego zamówienia wyjdzie pewnie taniej.


Po kilku dniach korzystania z tych wacików od razu zdecydowałam się zamówić kolejną paczkę - tym razem skorzystałam z promocji na kosmetyki Missha i przy okazji innych zakupów wrzuciłam do koszyka: MISSHA Silk-Feel Cotton Puff

Zawartość: 80 sztuk
Cena: 2.83 USD (bez przesyłki).


Poniżej obydwa opakowania obok siebie, porównawczo. A dalej krótka charakterystyka i ocena produktów. Po lewej MISSHA, po prawej ETUDE HOUSE.


Waciki są wyprodukowane w 100% z bawełny. Wierzchnią warstwę tworzy bawełniany arkusik, środek jest miękki, wypełniony bawełnianą watą. Wacik jest zaciśnięty po bokach, dzięki czemu utrzymuje swój kształt. 


Akurat te dwie marki/produkty są naprawdę bardzo do siebie podobne. I to nie tylko kształtem i grubością, ale również materiałem (obydwa mają na wierzchu jedwabiście gładką warstwę - nie mam wrażenia tarcia wacikiem o powierzchnię twarzy). Nie są to waciki warstwowe, co oznacza, że po rozcięciu (fotki poniżej) w środku odkrywamy niewielką ilość bawełnianej waty.


Nie udało mi się tego utrwalić na zdjęciu (jednoczesne nalewanie toniku i robienie fotek trudno zrobić w ekspresowym tempie) ale po wylaniu toniku/mleczka na wacik utrzymuje się on chwilę na powierzchni, nie wsiąka od razu w bawełnę. Fakt, używam japońskiego ślimakowego toniku, który ma lekko ślimaczą konsystencję, ale ewidentnie wacik ten pozwala na efektywniejsze nałożenie kosmetyku na twarz, bez zgrzytania zębami, że pielęgnujemy kosmetykiem bardziej wacik niż mordkę :-)


Ha, co śmieszniejsze, dopiero szukając na necie fotek do tego posta odkryłam na stronie Missha, że waciki te mają specjalne nacięcie (tak, sprawdziłam - mają), które pozwala włożyć łapkę do środka i wygodniej korzystać z wacika. Tak samo ma Etude House, wygodne! Cóż, dopóki nie zbiorę się w sobie i nie zacznę ogarniać koreańskich krzaczków tak będzie wyglądać w dużej części moja świadomość i prawidłowość korzystania z zakupionych kosmetyków he he... Całe szczęście, że chociaż skład jest w ludzkim/chemicznym języku, to przynajmniej wiem, czy sobie kuku nie zrobię...


A tak wygląda wacik po rozcięciu. Producenci oferują różne rodzaje wacików: niektóre mają zamiast waty w środku kilka (4-5) warstw bawełnianych arkusików, inne mają różną powierzchnię z różnych stron (z jednej gładką, z drugiej szorstką - peelingową).


Wielkość obu wacików jest standardowa (jak na azjatyckie standardy), czyli  50 mm x 75 mm. Jest to więcej niż europejskie standardowe okrągłe waciki (co widać powyżej). Oczywiście są też dostępne duże, prostokątne/kwadratowe waciki w Polsce, ale nadal są one bawełniane, zasysające każdy kosmetyk (bo składają się po prostu ze sprasowanej waty) i strasznie pylą (np. przy zmywaniu paznokci czy oczu - zostają mi małe kłaczki waty) oraz tracą kształt, w połowie zmywania twarzy mam w łapce nieokreśloną bliżej kupkę watopodobnej substancji...
Czytaj...
    Instagram
 

Popularne